Kilka słów o cenzurze w Internecie

Żelazo w diecie – jakie produkt zawierają najwięcej tego składnika mineralnego?

Premier Jej Królewskiej Mości David Cameron ostatnio zabawił się w dobrego tatusia i od stycznia zablokuje Brytyjczykom możliwość odwiedzania witryn z treściami pornograficznymi. Oczywiście, w imię szczytnych haseł takich jak ochrona umysłów najmłodszych.

W Polsce także rozgorzała dyskusja o tym, czy blokować takie strony, czy nie. Po jednej stronie barykady stoi m.in. poseł Solidarnej Polski Marzena Wróbel i minister sprawiedliwości Marek Biernacki. Po przeciwnej, prowolnościowej, stoję na przykład ja. Dlaczego? W tym artykule spróbuję uzasadnić swoje racje. Chciałbym zastrzec, że ten tekst nie jest pochwałą ani reklamą pornografii. Zgadzam się z głosami, które mówią, że pornografia może powodować spustoszenie w niektórych głowach. Jednakże uważam, że cenzurowanie takich treści nie ma najmniejszego sensu.

Ja, drodzy Państwo, jestem ewolucjonistą. Ale nie w tym sensie ewolucjonistą, że wierzę, że mój pra-pra-pra-…-pradziadek był pantofelkiem. Chodzi mi o mikroewolucję. Dobór naturalny. Na organizmy wpływają różne czynniki – i dobre geny, które dostosują się do tych czynników, wygrywają, a złe geny, które się nie dostosują, przegrywają i wymierają.

Powszechny dostęp do materiałów o charakterze pornograficznym jest czymś nowym w historii ludzkości i myślę, że można go zakwalifikować do takich czynników. Jeżeli, jak mówią niektórzy, pornografia zastąpi nam obcowanie damsko-męskie, to nastąpi zapaść demograficzna i ludzkość wymrze. Jeżeli ludzkość przyzwyczai się do pornografii i uzna ją za jedną z rozrywek, na którą można sobie od czasu do czasu pozwolić, a nie za sposób bycia, i zostaną zachowane zdrowe relacje damsko-męskie – to ludzkość przetrwa. Rozstrzygnięcia tej kwestii zapewne nie doczekam, gdyż do tego czasu zamienię się z powrotem w tablicę Mendelejewa. Poza tym, i tak specjalnie wpływu na to nie mam. Co się zdarzy, to się zdarzy. Osobnicy, którzy zamiast prawdziwych kobiet wolą panienki z rozszerzeniem .jpeg albo .avi, po prostu nie zostawią potomstwa i wymrą – nie ma się nad czym roztkliwiać. Chcącemu nie dzieje się krzywda.

Kolejnym argumentem przeciwnej strony jest to, że dostęp do pornografii przekłada się na wzrost liczby gwałtów. Być może. Uważam, że najlepszym rozwiązaniem w tej kwestii będą surowe kary za przestępstwa umyślne (w tym także kara śmierci za morderstwo) oraz powszechny dostęp do broni, żeby potencjalny gwałciciel zastanowił się, czy naprawdę chce mieć otwór wentylacyjny między oczami albo krawat ze sznura konopnego.

Cenzurowanie internetu to uruchamianie kolejnej machiny biurokratycznej oraz konieczność zatrudnienia nowych urzędników, których i tak już w Polsce mamy sporo (około pół miliona urzędników).

Cenzurowanie internetu to także przysłowiowe dawanie paluszka. Krok po kroku odbierana nam jest wolność. Dzisiaj podziękujemy im za zablokowanie dostępu do pornografii, jutro zabronią nam tłusto jeść (oczywiście, dla naszego dobra), a pojutrze nie będzie wolno nam już nic! Dlatego nie dawajmy paluszka! Non possumus!

Dochodząc do końca mojego wywodu stawiam sprawę jasno: za dzieci odpowiedzialni są rodzice i to rodzice powinni wychowywać swoje dzieci, także w sferze seksualności. Rodzice powinni rozmawiać o tych tematach z latoroślami i, jeśli uznają to za konieczne, blokować im dostęp do pornografii. Jeżeli rodzice nie potrafią wychować swego potomstwa lub brak im dobrej woli (a, niestety, widzę na każdym kroku, że tak się dzieje!), to jest mi bardzo przykro, ale, do cholery, to nie jest zadanie państwa!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.